Lena stała przy oknie, kołysząc w ramionach trzymiesięcznego Sieriożkę. Maluszek płakał już od półtorej godziny i żadne metody go nie uspokajały. Próbowała go nakarmić – odmówił. Zmieniła pieluszkę – nadal płakał. Włączyła muzykę – na dźwięk zaczął szlochać jeszcze głośniej.
W sąsiednim pokoju czteroletnia Masza bawiła się klockami, co chwila wpadając w histerię przy każdym dźwięku wydawanym przez brata. Dziewczynka ciągnęła za sobą starego pluszowego kota, z którym nie rozstawała się nawet podczas jedzenia.

— Mamo, on znowu płacze! — jęczała, rzucając klocki na podłogę z hukiem. — Powiedz mu, żeby przestał! Charli też nie lubi, kiedy on krzyczy!
— Masza, kochanie, on jest jeszcze malutki. Nic nie rozumie — odpowiedziała zmęczona Lena, głaszcząc plecki syna kolistymi ruchami.
W kuchni przypalała się kasza. Lena poczuła zapach i zrozumiała, że śniadanie jest bezpowrotnie stracone. W pralce od godziny leżało wyprane pranie – jeśli go teraz nie wyjmie, zacznie cuchnąć. Na stole stały brudne talerze z wczorajszego wieczoru, a po podłodze porozrzucane były dziecięce skarpetki.
Dźwięk otwieranych drzwi sprawił, że aż podskoczyła. To mama, Walentyna Pietrowna, wróciła z działki. Weszła do salonu i objęła wzrokiem bałagan: zabawki na podłodze, puste butelki na stole, dziecięce ubranka na każdej wolnej powierzchni. Na balkonie suszyły się mokre pieluchy.
— Boże, Lena! Co tu się dzieje?! — zawołała zszokowana matka. — Dom wygląda jak śmietnik! Jak możesz żyć w takim brudzie?
— Mamo, po prostu nie nadążam — tłumaczyła Lena, nadal kołysząc Sieriożkę. — On cały czas płacze, Masza domaga się uwagi… Jak tylko wezmę się za zmywanie, któreś z nich zaczyna płakać.
— A gdzie Dima? Znowu utknął w pracy? Jest już dziewiąta wieczorem!
— Ma ważny projekt. Do końca miesiąca ma termin. Niedługo skończy.
Walentyna Pietrowna prychnęła. — Projekt! Za moich czasów mężczyźni po pracy lecieli do domu, a nie szukali pretekstu, żeby zostać dłużej w biurze! Twój ojciec też taki był. Dlatego się rozwiedliśmy.
Sieriożka znów się rozpłakał, jeszcze głośniej niż wcześniej. Lena zaczęła go kołysać, nucąc kołysankę, którą pamiętała z dzieciństwa. Masza także zaczęła marudzić, domagając się włączenia bajki, i ciągnęła mamę za sukienkę.
— Mamo! Mamo! Chcę bajkę! — nalegała dziewczynka. — Daszeńka w przedszkolu mówiła, że wyszedł nowy odcinek!
Lena posadziła dzieci przed telewizorem i poszła do kuchni. Kasza była już zupełnie spalona, z garnka unosił się czarny dym. Matka poszła za nią.
— Na kogo one są podobne? — mówiła dalej Walentyna, zaglądając z obrzydzeniem do garnka. — Na ciebie na pewno nie. Ty byłaś spokojna. Czytałaś książki, rysowałaś. A te dzieciaki… to jak kara!
— Mamo, to dzieci. One po prostu są energiczne, głośne…
— To znaczy, że brakuje im wychowania! Popatrz, jak Masza do ciebie mówi! A Sieriożka co, jeszcze nie ma ustalonego trybu dnia? W trzecim miesiącu powinien już mieć konkretne godziny snu!

Lena poczuła, jak narasta w niej żal. Cały dzień próbowała uspokoić syna, a matka jeszcze ją krytykuje.
Następnego ranka Lena obudziła się wykończona. Noc była koszmarna – Sieriożka budził się co godzinę, domagając się jedzenia lub czystej pieluszki. Nad ranem dostał gorączki, a potem zachorowała też Masza. Dziewczynka leżała apatycznie na kanapie, odmawiając śniadania.
— Mamo, boli mnie brzuszek — jęczała, przytulając pluszowego kota.
Lena zmierzyła temperaturę dzieciom. Masza miała 38,2, Sieriożka 37,8. Trzeba było wzywać lekarza, ale najpierw postanowiła zadzwonić do mamy.
— Mamo, możesz przyjechać? Oboje są chorzy, mają gorączkę. Ciężko mi samej, zwłaszcza z dwójką naraz — poprosiła Lena, starając się mówić spokojnie.
— Lena, ile można! — odpowiedziała zirytowana Walentyna Pietrowna. — Jesteś dorosłą kobietą! Masz wyższe wykształcenie, pracowałaś jako menedżerka! Radź sobie sama!
— Mamo, ale naprawdę jest mi ciężko. Dzieci są chore, w nocy nie spałyśmy…
— A mnie myślisz, że było łatwo? — podniosła głos matka. — Sama wychowałam troje dzieci po rozwodzie z twoim ojcem! Nikt mi nie pomagał! Żadnych babć obok! Twój dziadek służył w wojsku gdzieś daleko, a babcia pracowała na dwóch etatach!
— Ale mamo, przecież mieszkasz blisko, w tej samej dzielnicy…
— Blisko nie znaczy, że mam niańczyć twoje dzieci! Sama je urodziłaś – sama je wychowuj! Poza tym mam dzisiaj swoje plany. Jestem umówiona do lekarza, a potem idę do teatru.
— Teatru? — zdziwiła się Lena. — Mamo, dzieci są chore…
— I co z tego? Nie umierają przecież! Daj im aspirynę i połóż spać. Za moich czasów tak leczyli wszystkich i jakoś przeżyliście!
Lena poczuła, jak ściska ją w gardle. — Dobrze, mamo. Rozumiem.
Po rozmowie usiadła na kanapie obok chorej Maszy i zapłakała. Dziewczynka podczołgała się do niej, przytuliła się swoim gorącym ciałkiem i pluszową zabawką.
— Mamo, nie płacz. Będę grzeczna. Charli też będzie grzeczny — pocieszała córeczka, głaszcząc zabawkę.
Sieriożka znów zaczął marudzić. Lena wzięła go na ręce i poczuła, jak bardzo jest gorący. Trzeba było wezwać lekarza, przygotować obiad, zrobić pranie… A sił już brakowało.
Dima wrócił późnym wieczorem, kiedy dzieci już spały. Zmęczony rzucił się na kanapę, nawet się porządnie nie przywitał. Miał zmięty garnitur, rozpiętą koszulę i potargane włosy.
— Jak minął dzień? — zapytał mechanicznie, przeglądając telefon.
— Dzieci są chore. Masza miała 38,5, Sieriożka 37,8. Wzywałam lekarza — odpowiedziała Lena, pokazując recepty.
— Mmm, rozumiem — kiwnął głową Dima, nie odrywając wzroku od ekranu. — Daj coś do jedzenia? Jadłem dziś tylko kanapki.
— Dima, prosiłam twoją mamę, żeby przyjechała, ale odmówiła. Powiedziała, że ma swoje sprawy.
— Ma swoje sprawy, jest dorosła — wzruszył ramionami Dima. — Poradzimy sobie sami. Jak zawsze.
— Dima, potrzebuję pomocy. Fizycznie już nie daję rady — przyznała Lena, siadając obok męża.
— Wszystkie młode mamy tak mówią. To normalne w pierwszych miesiącach. Nasze mamy radziły sobie bez pampersów i słoiczków.
— Ale przynajmniej miały pomoc babć!
— Niekoniecznie. A poza tym, my przecież też dajemy radę.
Lena spojrzała na męża, który nawet nie odrywał wzroku od telefonu. „My dajemy radę?” — pomyślała z goryczą.
Minął tydzień. Dzieci wyzdrowiały, ale Lena wyglądała coraz gorzej. Ciemne cienie pod oczami stały się codziennością, ramiona opadnięte ze zmęczenia, dłonie drżały z braku snu. Włosy nie widziały szczotki od dawna, a ubrania były poplamione kaszką i ulewaniem.
Walentyna Pietrowna wpadła na chwilę, przyniosła trochę zakupów — głównie kasze, konserwy i chleb. Rzuciła okiem na córkę i pokręciła głową.
— Lena, na kogo ty wyglądasz? Włosy rozczochrane, w piżamie chodzisz… Twój mąż przestraszy się takiej żony.
— Mamo, pobaw się z Maszą chociaż przez pół godziny. Chcę tylko wziąć prysznic i coś normalnie zjeść — poprosiła Lena, trzymając na rękach Sieriożkę.
— Lena, ja nie jestem niańką! — oburzyła się matka, zdejmując płaszcz. — Mam swoje sprawy! Jutro jadę na działkę, muszę podlać ogród. W twoim wieku nikogo nie prosiłam o pomoc z dziećmi!
— Mamo, ale dlaczego? Przecież jestem twoją córką, a to twoje wnuki…
— Właśnie dlatego! Nauczyłam cię samodzielności! A ty chcesz wszystko zwalić na mnie! A co będzie, jak zachoruję albo wyjadę? Przyzwyczaisz się do pomocy i sobie nie poradzisz bez niej.
Masza podbiegła do babci z zabawkowym zestawem naczyń. — Babciu, pobawisz się ze mną w kuchnię? Ugotuję zupkę jak ty! Czarlik też jest głodny!
— Nie teraz, kochanie. Babcia się spieszy, pranie czeka — odsunęła się Walentyna. — Baw się sama albo z mamą. Przecież masz mamę od tego.
Dziewczynka posmutniała i podeszła do mamy z zabawką. — Mamusiu, pobaw się. Babcia nie chce.
Po wyjściu matki Lena usiadła na podłodze obok zabawek i gorzko zapłakała. Wyobrażała sobie macierzyństwo zupełnie inaczej. W filmach takie szczęśliwe rodziny: mama się uśmiecha, dzieci bawią się, babcie pieką ciasta z wnukami. A u niej… u niej same obowiązki bez wsparcia.
Masza pogłaskała mamę po głowie, tak jak robiła to sama, gdy czuła się źle.
— Mamo, dlaczego babcia nie chce z nami się bawić? Babcia Dasi zawsze się bawi i ciasta piecze.
— Po prostu jest bardzo zajęta, skarbie — skłamała Lena, przytulając córkę.
Wieczorem podczas kolacji Lena próbowała porozmawiać z mężem.
— Dima, może porozmawiasz z moją mamą? Wytłumaczysz, jak mi ciężko? Może cię posłucha.
— Po co? — zdziwił się Dima, jedząc pizzę przyniesioną z pracy.
— Ona ma rację. Nasi rodzice wychowywali dzieci bez pomocy dziadków. To wzmacniało rodzinę, czyniło ludzi silniejszymi.
— Wzmacniało? — zdziwiła się Lena. — Dima, jestem tak zmęczona, że czasem nie wiem, gdzie jestem. Wczoraj prawie zapomniałam wyłączyć kuchenkę.
— Przyzwyczaisz się. Macierzyństwo to nie wakacje. Mężczyźni pracują, kobiety zajmują się dziećmi. Zawsze tak było.
— A co z równouprawnieniem, partnerstwem w małżeństwie? Rozmawialiśmy o tym przed ślubem…
— Rozmawialiśmy teoretycznie. A w praktyce wychodzi po staremu.
Lena spojrzała na męża, który znów przewijał telefon. Czy on naprawdę nie rozumie, w jakim jest stanie?
Zrozpaczona, Lena postanowiła zwrócić się do przyjaciółki Oli, która niedawno urodziła drugie dziecko. Poszła do niej z dziećmi, mając nadzieję na choćby moralne wsparcie.
— Olu, jak ty dajesz radę z dwójką maluchów? — pytała Lena, kołysząc Sieriożkę i pilnując, by Masza niczego nie zbiła w nieznanym mieszkaniu.
— No, mama czasem pomaga. Zostaje z nimi, gdy ja idę do sklepu albo do lekarza. A teściowa przyjeżdża na weekendy i gotuje na cały tydzień — odpowiedziała Ola, lekko żonglując dwójką dzieci.
— A moja odmawia — westchnęła Lena. — Mówi, że za jej czasów nikt nie pomagał i nie trzeba przyzwyczajać się do pomocy.
— To dziwne. Moje mamy wręcz przylepiają się do wnuków. Nie mogą oderwać rąk. Ciągle coś kupują, bawią się…
— Masz szczęście — gorzko się uśmiechnęła Lena, patrząc, jak przyjazna mama Oli bawi się z dziećmi.
— A mąż ci pomaga choć trochę?
— Jest zmęczony w pracy. Mówi, że to kobiece obowiązki.
— No, én meg az enyémet rávettem, hogy legalább hetente egyszer átvegye az éjszakai etetést. Azt mondom neki: te is szülő vagy.
Lena zazdrościła przyjaciółce. Miała dwóch pomocników — mamy i rozumiejącego męża. A u niej… nikogo.
Wracając do domu, zastała Walentynę Pietrowną jedzącą w kuchni. Matka kupiła sobie gotowe jedzenie w sklepie, drogi sałatkę i kawałek czerwonej ryby.
— Mamo, a dla nas nic nie kupiłaś? — zdziwiła się Lena, patrząc na pustą lodówkę.
— A ja mam karmić całą rodzinę? Macie męża, niech on się utrzymuje! Ja już swoją rodzinę wykarmiłam, teraz na emeryturze w końcu żyję dla siebie.
— Ale widzisz, nie mam czasu gotować z dwójką dzieci…
— Nekem volt? — wpadła w gniew Walentyna Pietrowna. — Három gyerekkel is tudtam főzni, mosni, takarítani porszívó nélkül! És ti kettővel meg modern gépekkel sem bírtok!
— Mamo, może czasy się zmieniły? Wymagania wobec matek są większe?
— Wymagania? — prychnęła matka. — To lenistwo się rozrosło! Kiedyś kobiety były wytrzymalsze, bardziej odpowiedzialne. A teraz przy pierwszej okazji — „pomóżcie, wesprzyjcie!”
Lena usiadła przy stole, położyła głowę na rękach.
— Mamo, pomóż mi chociaż czasem. Zwariuję ze zmęczenia.
— Lena, zrozum. Jesteś dorosłą kobietą, masz własną rodzinę. Ja już oddałam swoje najlepsze lata dzieciom. Teraz czas na siebie! W końcu mogę zajmować się swoimi sprawami, podróżować!
— A ja kiedy będę żyć dla siebie?
— Kiedy dzieci podrosną, wtedy będziesz. Wszyscy przez to przechodzą.
Lena zrozumiała, że matka po prostu nie chce poświęcać swojego komfortu dla niej i wnuków. Bolało to przyznać.
Sytuacja stała się krytyczna na początku zimy. Lena miała wysoką gorączkę, bolały ją kości. Zachorowała na grypę, ale nie było komu zostać z dziećmi. Dima wyjechał na tydzień w delegację, a Walentyna Pietrowną odmówiła nawet przyjazdu.
— Mamo, proszę! Mam 39,5! Ledwo stoję! — błagała Lena przez telefon, opierając się o ścianę.
— A co ja mogę zrobić? Też mogę się zarazić! W moim wieku to niebezpieczne! Poza tym dzieci powinny się przyzwyczaić do chorób. W sowieckim dzieciństwie nikt nie był rozpuszczany — hartowało to charakter!
— Mamo, mam wezwać karetkę? Boję się, że zemdleję.
— Nie dramatyzuj. Weź paracetamol i idź spać. Dzieci nie zginą. Masza już duża, niech pilnuje Sieriożkę.
— Masza to dziecko! Ma tylko cztery lata!
— I co z tego? Ja w wieku sześciu lat opiekowałam się młodszymi dziećmi. Dzisiejsze dzieci są za bardzo rozpieszczone.
Lena ledwo przetrwała do wieczora. Karmiła dzieci ledwie ciepłymi konserwami, nie mogła porządnie opiekować się Sieriożką. Na szczęście Dima wrócił wcześniej z delegacji. Zadzwonił z podwórka, a gdy wszedł, zastał żonę w półśnie na kuchni, a dzieci płaczące w pokoju.
— Boże, Leno! Co się dzieje? — przeraził się, widząc jej stan.
— Choruję od rana… mama nie przyjechała… myślałam, że dam radę…
Dima zmierzył temperaturę — miał 40 stopni. Natychmiast wezwał lekarza, położył żonę do łóżka. Lekarz przepisał antybiotyki i ścisły odpoczynek.
— Chory potrzebuje całkowitego spokoju i opieki — tłumaczył lekarz. — Najlepiej, gdyby ktoś pomógł z dziećmi przynajmniej tydzień.
Dima natychmiast zadzwonił do teściowej.
— Walentyno Pietrowno, Lena jest poważnie chora, miała czterdziestostopniową gorączkę. Lekarz mówi — potrzebny jest całkowity odpoczynek. Proszę pomóż przynajmniej kilka dni.
— Dima, rozumiem sytuację, ale nie mogę — odpowiedziała teściowa. — Jutro mam zaplanowany wyjazd do siostry, kupiłam bilety. Poza tym ryzyko zarażenia… Za moich czasów nikt nie zajmował się dziećmi, kiedy matki chorowały!
— Ale przecież to wasza córka!
— Właśnie dlatego musi sobie radzić sama! To jej dzieci, to jej wybór!
Dima odłożył słuchawkę w szoku. Nie mógł zrozumieć, jak można być tak obojętnym wobec własnej córki.
Przez tydzień Dima musiał wziąć urlop bezpłatny, żeby opiekować się żoną i dziećmi. Kiedy Lena trochę wyzdrowiała, wrócił do pracy. Ale relacje w rodzinie się zmieniły. Dima zaczął rozumieć, jak ciężko jest żonie samej.
Po miesiącu Lena postanowiła przeprowadzić poważną rozmowę z matką. Zaprosiła ją na herbatę, poczekała, aż dzieci zaśpią.
— Mamo, chcę zrozumieć. Dlaczego tak kategorycznie nie chcesz nam pomagać? — zapytała prosto Lena.
— Leno, to nie kwestia niechęci — westchnęła Walentyna Pietrowną, mieszając cukier. — Po prostu uważam, że młodzi rodzice powinni radzić sobie sami. To ich rozwija.
— Ale dlaczego? Czy to źle, jeśli babcia pomaga wnukom? To przecież naturalne.
— Źle, jeśli to staje się nawykiem! — stanowczo oświadczyła matka. — Przestajecie doceniać pomoc, zaczynacie ją uważać za coś oczywistego. Widziałam takie matki!
— Mamo, nigdy bym tak nie pomyślała. Byłabym po prostu wdzięczna…
— Wszystkie tak mówią! — machnęła ręką Walentyna Pietrowną. — A potem przyzwyczajają się i zaczynają wymagać jak czegoś oczywistego! „Mamo, zostań z dziećmi”, „Mamo, pomóż z praniem”, „Mamo, ugotuj obiad”. A gdzie wdzięczność?
— Ale teraz nie chodzi o stałą pomoc! Po prostu czasem, kiedy jest mi bardzo ciężko…
— Czasem zamienia się w coś stałego. Przechodziłam to z moją mamą. Na początku czasem, potem codziennie.
Lena poczuła, jak w niej rośnie oburzenie. — Czyli lepiej patrzeć, jak córka się męczy? Jak wnuki dorastają bez babci?
— Nie męczy się, lecz hartuje! — ripostowała Walentyna Pietrowną. — Staniesz się silniejsza, bardziej samodzielna! Spójrz na mnie — sama dałam radę z trojgiem dzieci!
— A co jeśli się złamię? Jeśli sobie nie poradzę?
— Nie złamiesz się. Instynkt macierzyński da ci siłę. Najważniejsze to mniej myśleć o trudnościach, więcej o szczęściu macierzyństwa.
— Mamo, a twoja mama ci pomagała?
— Oczywiście pomagała. Ale wtedy było inaczej. Kobiety były silniejsze, nie jęczały z byle powodu.
Lena zauważyła sprzeczność w słowach matki, ale nie zaczęła się kłócić. Było jasne, że Walentyna Pietrowną się nie zmieni, zbyt bardzo wierzyła w swoją rację.
Na wiosnę Lena postanowiła spróbować innego podejścia. Kupiła matce prezent — piękny szal, o którym dawno marzyła, i przyszła do niej z dziećmi.
— Mamo, ale macie tu pięknie! — zachwycała się Lena remontem w mieszkaniu rodziców. — Nowe tapety, meble… Musiało to kosztować majątek!
— No właśnie, w końcu postanowiłam pomyśleć o sobie — z dumą pokazywała Walentyna Pietrowną zmiany. — Kuchnię całkowicie przerobiłam, w sypialni nowa szafa stoi.

— Mamo, możesz posiedzieć z dziećmi godzinę? Muszę iść do przychodni, na badania. Już mam zapisane, nie mogę przełożyć.
— Leno, nie mogę. Za dwie godziny mam wizytę u kosmetyczki — odmówiła matka.
— Mamo, to bardzo ważne. Lekarz powiedział, że nie można odkładać.
Walentyna Pietrowną zirytowanym wzrokiem spojrzała na zegarek. — Dobrze, pół godziny maksymalnie! Ale musisz wrócić dokładnie po pół godzinie!
Lena wyszła, a po godzinie i kilku minutach wróciła. Na korytarzu czekała już awantura. Dzieci siedziały na podłodze w przedpokoju, Masza płakała, trzymając na kolanach płaczącego Sieriożkę.
— Gdzie ty się pałętałaś przez godzinę dwadzieścia minut? — rzuciła na córkę Walentyna Pietrowną z czerwoną ze złości twarzą. — Nie zatrudniałam się na nianię!
— Mamo, była ogromna kolejka, lekarz się spóźnił o pół godziny…
— Kolejka! Zawsze masz wymówki! Celowo się zatrzymałaś, żeby sprawdzić, czy będę siedzieć. Ostatni raz się zgadzam!
— Mamo, co ty mówisz? Naprawdę byłam u lekarza! Oto zaświadczenie!
— Nie pokazuj mi tych zaświadczeń! Widziałam takie sztuczki! Najpierw pół godziny, potem godzina, potem pół dnia! Nie jestem głupia!
— Mamo, co mają do tego sztuczki? To twoje wnuki!
— Moje wnuki, ale nie moje dzieci! A dzieci to pełna odpowiedzialność rodziców!
Masza zaczęła płakać jeszcze głośniej.
— Babcia krzyczała na nas! Mówiła, że jesteśmy złe!
— Nie krzyczałam, tłumaczyłam, że trzeba słuchać! — odpowiedziała Walentyna Pietrowną. — Poza tym ona jest niegrzeczna! Matka jej niczego nie uczy!
— Mamo, przecież ona jest dzieckiem!
— Dziecko musi znać granice! A wy ją tylko rozpieszczacie!
Po tej awanturze Lena ostatecznie zrozumiała, że nie ma co liczyć na pomoc.
Po tym incydencie relacje jeszcze się pogorszyły. Walentyna Pietrowną przychodziła rzadziej, a kiedy już przychodziła, to tylko krytykowała i wygłaszała pouczenia.
— Leno, spójrz, co się dzieje w domu! — mówiła przy każdej wizycie. — W kącie pajęczyna, podłoga nieumyta od wczoraj, dziecięce rzeczy leżą gdzie popadnie!
— Mamo, mam dwoje małych dzieci. Sprzątam nawet dziesięć razy dziennie — zmęczona tłumaczyła się Lena.
— I co z tego? Ja radziłam sobie z trójką i dom miałam idealnie czysty! Każdego ranka wstawałam o piątej — pranie, sprzątanie, gotowanie. A o siódmej wszystko lśniło!
— Może miałaś supermoce albo służącą — nie wytrzymała Lena.
— Miałam chęci i dyscyplinę! A ty lenistwo! Za moich czasów kobiety nie narzekały, tylko pracowały!
Dima, który wcześniej popierał stanowisko teściowej, zaczął się zmieniać. Po tygodniu siedzenia w domu zrozumiał skalę problemu. Jednak jego matka wciąż stała po stronie Walentyny Pietrowną.
— Leno, mama Walentyny ma rację — mówił ostrożnie. — Może warto inaczej zorganizować dom?
— Dima, może ty pomożesz to ogarnąć? Bo ja tu sama wszystko robię — odpowiedziała Lena z goryczą.
— Pracuję od rana do nocy, utrzymuję rodzinę. To tradycyjny podział ról.
— Tradycyjny? A gdzie tradycyjna pomoc ze strony starszego pokolenia?
— Czasy się zmieniły. Teraz każda rodzina jest sama za siebie.
Lena poczuła się bardzo samotna. Mąż rozumiał jej trudności, ale nie był gotów wziąć na siebie pełnej odpowiedzialności. Przyjaciółki narzekały, że stała się zbyt zamknięta i ponura.
— Leno, całkiem się zmieniłaś — mówiła Olya przy kolejnym spotkaniu. — Kiedy ostatni raz się normalnie porozmawiałyśmy?
— Z dziećmi trudno gdzieś wyjść. Sieriożka jest jeszcze mały.
— A babcia nie może na chwilę zostać?
— Nie może — krótko odpowiadała Lena, nie chcąc rozmawiać na ten bolesny temat.
Znajomi rzadziej ich zapraszali. Gdy Lena przychodziła z dziećmi, wyglądała tak zmęczona, że wszystkim było niezręcznie. A bez dzieci nie mogła wychodzić — nie miała komu ich zostawić.
Minął rok od narodzin Sieriożki. Lena wyglądała dużo starzej niż na swoje trzydzieści lat. Włosy straciły blask i zaczęły wypadać z przemęczenia, twarz się wyniszczyła, oczy straciły blask. Na rękach pojawiły się odciski od ciągłej pracy w domu. Dzieci rosły, ale ona wciąż czuła się ciągle pod presją czasu.
Walentyna Pietrowną wciąż krytykowała córkę, ale nie spieszyła się z pomocą. Miała teraz chłopaka — Borisa Nikołajewicza, wdowca, którego poznała w teatrze. Podróżowali, chodzili do restauracji, planowali przeprowadzkę nad morze.
— Leno, musisz zrozumieć — zaczęło się moje nowe życie — tłumaczyła matka, pokazując zdjęcia z wakacji. — Przez tyle lat żyłam tylko dla dzieci! Teraz moja kolej na szczęście.
— A czy my nie przeszkadzamy w twoim szczęściu prośbami o pomoc?
— Nie przeszkadzacie, ale nie chcę, żeby to stało się nawykiem. Boris mówi, że współcześni młodzi rodzice zbyt polegają na pomocy starszych.
— Boris? Co ma Boris do tego? To przecież twoje wnuki!
— Boris jest mądrym człowiekiem, on też ma wnuki. Ale uważa, że każde pokolenie powinno radzić sobie samo.
Lena zrozumiała, że teraz matka ma kolejny argument przeciwko pomocy.
Pewnego bardzo zimnego styczniowego dnia zdarzyło się coś, co wszystko zmieniło. Lena wracała z przedszkola z Maszą, pchała wózek z Sieriożką. Na ulicy był gołoledź, wiał silny wiatr. Lena się poślizgnęła i upadła, dziecko wypadło z wózka. Na szczęście maluch nie ucierpiał, ale Lena skręciła nogę.
Dima był wtedy w innym mieście na raporcie. Lena zadzwoniła do matki.
— Mamo, upadłam, skręciłam nogę. Nawet stać mi trudno. Możesz przyjechać chociaż na kilka godzin?
— Ojej, córeczko, jak mi przykro! Ale nie mogę — z Borisem idziemy do teatru. Bilety kupione dawno, bardzo drogie.
— Mamo, naprawdę mnie boli…
— No to trochę wytrzymaj. Dima zaraz wróci. A na razie mniej chodź.
— Jak mniej chodzić? Mam dzieci!
— Naucz się delegować obowiązki. Masza już duża, niech pomaga.
Po tym Lena przestała prosić matkę o pomoc. A miesiąc później odbyła się ostatnia poważna rozmowa.
— Mamo, chcę, żebyś wiedziała: już nigdy nie poproszę cię o pomoc. Nigdy.
— I dobrze! W końcu zrozumiałaś, że trzeba radzić sobie samemu.
— Ja zrozumiałam coś innego. Zrozumiałam, że nie można na ciebie liczyć. I że moje dzieci będą wychowywać się bez prawdziwej babci.
— Leno, nie dramatyzuj! Przecież przyjeżdżam, daję prezenty…
— Przyjeżdżasz, krytykujesz i odchodzisz. A pomoc, gdy jest potrzebna… Urodziłaś dzieci — sama się nimi zajmij. To twoje słowa.
— Nie to miałam na myśli!
— Miałas, mamo. Właśnie to. Wiesz co? Może masz rację. Może tak powinno być. Każde pokolenie samo za siebie.
Walentyna Pietrowną próbowała coś odpowiedzieć, ale Lena już nie słuchała. Zrozumiała, że żyją w zupełnie innych światach. Mają diametralnie różne wyobrażenia o rodzinie, macierzyństwie i pomocy między pokoleniami.
W kolejnych latach wszystko szło tak dalej. Walentyna Pietrowną rzadko bywała w odwiedzinach, przywoziła dzieciom prezenty, opowiadała o podróżach z Borisem. Lena uprzejmie się z nią kontaktowała, ale bliskości już nie było.
Z czasem Dima zaczął bardziej pomagać w domu, ale główny ciężar wciąż spoczywał na Lenie. Nauczyła się radzić sobie sama, ale cena była wysoka. Przyjaźnie się rozpadły, hobby zostały zarzucone, kariera stanęła w miejscu.
Każda z kobiet pozostała przy swoim zdaniu. Walentyna Pietrowną była przekonana, że wychowała w córce samodzielność i siłę charakteru. Lena uważała matkę za egoistkę, która wybrała własny komfort ponad potrzeby rodziny.
I nikt nie zamierzał zmienić swojego zdania. Czas mijał, dzieci rosły, a relacje rodzinne pozostały w tej dziwnej stagnacji wzajemnej niechęci i niezrozumienia.







