W małym miasteczku, gdzie okna „płaczą” jesienią, mieszkała dziewczynka o imieniu Lea. Miała osiem lat i najlepszym przyjacielem był jej tata. Mama odeszła, gdy Lea była jeszcze malutka, i od tamtej pory tata był dla niej wszystkim: słońcem, parasolem, książką na dobranoc i zapachem świeżych gofrów.

Każdego ranka jedli razem śniadanie — nawet jeśli tata był zmęczony po nocnej zmianie. Każdego wieczoru siadał przy jej łóżku i czytał jej na głos. Nazywał ją swoim „cichym cudem”, a ona — jego „domem”.
Aż pewnego dnia… on nie przyszedł. Ani na śniadanie, ani na wieczorną opowieść.
Lea długo czekała. Potem przyszli dorośli. Wielu dorosłych. Szeptali między sobą. Ktoś głaskał ją po głowie, ktoś płakał. Lea nie rozumiała, co się dzieje.

Nazajutrz zabrano ją do nowego domu. U nowych opiekunów głosy były łagodne, ale ona szukała tylko jednej twarzy — ojca. I jej nie znalazła.
Każdego wieczoru zostawiała puste miejsce przy łóżku. Każdego ranka nalewała herbatę — dla niego. Nikt nie powiedział jej, że już go nie ma. Ale ona wiedziała. Bo pewnej nocy usłyszała deszcz… i głos. Bardzo cichutki. Powiedział jej imię. I zrobiło jej się ciepło.
Minęło wiele lat. Lea dorosła. Została wychowawczynią w domu dziecka. Cicha, dobra. Z głosem, który przypomina szept kartek i jesienny deszcz.

I każdego wieczoru, czytając bajkę malutkim dzieciom, zostawiała wolne miejsce obok siebie. Na stoliku stała filiżanka herbaty — dla niego. Bo miłość nie umiera. Ona po prostu staje się deszczem za oknem.







